Sekret niechorowania – intuicja najważniejsza

Większość dzieci ma już za sobą pierwszy miesiąc przedszkola. Wielu rodziców narzeka, że ich dzieci więcej chorują niż chodzą do przedszkola. Dlatego postanowiłam podzielić się czymś co jest w mojej rodzinie sekretem przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Sekret niechorowania – zacznijmy od definicji choroby

Otóż na początek warto zastanowić się nad tym co uważamy za chorobę. Katar i kaszel – jedni uważają, że to już choroba, a inni że jeszcze nie. To jak to w końcu jest? Niektórzy rozdzielają katar czy kaszel na różne rodzaje. Później zastanawiają się czy to jeszcze katar alergiczny, czy może chorobowy, czy może jeszcze inny. Podobnie jest z kaszlem. Rodzice starają się go klasyfikować i debatują na korytarzach co jest chorobą, a co nie. Padają oskarżenia, że ktoś chore dziecko przyprowadza. Że to dziecko zaraża pozostałe. Rodzic chorego uważa, że jego dziecko chore nie jest. W gorszej sytuacji udaje, że nic nie widzi i nie słyszy, bo nie ma jak zająć się chorym dzieckiem – takich przypadków nie biorę pod uwagę – to kwestia indywidualnego sumienia.

Moja ocena stanu zdrowia dziecka jest tylko moją osobistą oceną – jedni mogą się ze mną zgadzać inni nie. Nie jestem lekarzem, więc proszę nie diagnozować swoich dzieci przez pryzmat moich.

Tak więc jakie kryteria musi spełnić moje dziecko, abym uznała że jest chore?

Moje dzieci mają bardzo dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy nastawiony na to aby pozostać w zdrowiu, tak więc w przypadku choroby robią pierwszą rzecz jaka jest dla nich najlepsza. Sami dawkują sobie lekarstwo, które jest u nas prawie zawsze skuteczne. Po prostu idą spać – to wyraźny sygnał, że ich organizm walczy z chorobą i nie należy mu przeszkadzać. Czasami jest to związane z gorączkowaniem czasami na bardzo wczesnym etapie nie. Tak więc jeśli moje dziecko wraca do domu i kładzie się spać to nie przeszkadzam mu w tym. Kontroluję czy nie ma zbyt wysokiej gorączki i w zależności od danej sytuacji podejmuję decyzję o podaniu leku przeciwgorączkowego.

Jeśli natomiast moje dziecko ma kaszel albo katar które nie uniemożliwiają im skakania po łóżku jak dzika świnia to znaczy, że oni nie są chorzy. Prawdopodobnie ktoś sprzedał im jakiegoś wirusa, ale ich organizm nawet nie marnuje czasu na walkę z infekcją. Robi to automatycznie nawet nie angażując w to dziecka – bez gorączki, bez senności.

Tak więc u mnie kryterium świadczącym o tym, że dziecka nie można posłać do przedszkola jest:

  • gorączka – ale gorączka, a nie stan podgorączkowy – chyba, że występuje inny czynnik chorobowy
  • kaszel – ale taki który męczy dziecko, sprawia, że dziecku jest trudno coś zrobić. Zwykły kaszelek przy którym biega jakby mu ktoś motorek w tyłku zamontował się nie liczy
  • katar – jak wyżej – dzieci mają katar z różnego powodu: alergia, przejście z zimna do ciepła, po płaczu…
  • ogólne zmęczenie, apatia – podstawowe kryterium u mnie świadczące o tym, że moje dziecko walczy z jakąś chorobą
  • wymioty – no sorry – ale chyba komentować nie trzeba. Aczkolwiek jeśli to krótkotrwałe to nie stosuje kwarantanny.

Nie uwzględniam tutaj mniej popularnych objawów m.in. świadczących o ospie. Wiadomo, że jeśli podejrzewa się dziecko o ospę to zostawia się je w domu i raczej idzie z tym do lekarza. Moje dzieci są szczepione więc jestem pod tym względem spokojniejsza.

Sekret niechorowania – jak wspieram odporność

Przede wszystkim nie przeszkadzam dzieciom w zdobywaniu swojej odporności.

Numerem jeden jest u mnie moje mleko. Karmię dzieci po prawie dwa lata. Kiedy karmiłam młodszego starszy dostawał nadmiar mojego mleka w kubeczku. Tak będzie również jak urodzę trzeciego. Starszaki będą dostawać moje mleko z kubeczka 🙂

Nie przeszkadzam również jak nie chcą na spacer ubrać czapki. Po prostu biorę czapkę do torebki i co jakiś czas pytam czy może jednak nie chcą z niej skorzystać. Jak się kiedyś spieszyłam to pozwalałam na mróz wyjść bez kurtki – zadziwiające jak szybko dziecko zmienia zdanie, że jednak chce założyć kurtkę.

Skakanie po kałużach. O tak dzieci kochają. Daleko od domu powstrzymuję. Jak jesteśmy stosunkowo blisko i wracamy, a nie dopiero wychodzimy to niech sobie robią co chcą. Jak nie próbowaliście to nawet pewnie nie wiecie jaką radość dzieci mają ze skakania po kałużach. A ubrania, no cóż – jak ja to mówię – mam w domu pralkę, i to automatyczną 😉

Otwarte okno – w zasadzie przez prawie cały rok. Tak po myciu dzieciom włosów też nie zawsze pamiętam je zamknąć. Mam mieszkanie na jedną stronę więc przeciągów nie mamy 😉 Spanie przy otwartym oknie to jedna z rzeczy do których bardzo trudno było mi męża przyzwyczaić.

Jedzenie – moje dzieci same decydują czy są głodne i co jedzą. Mam tylko jedną zasadę – nie podaję zapychaczy jeśli nie zjedli pełnowartościowego posiłku. Dzięki czemu oszczędzam na soczkach i słodyczach.

Spędzamy czas na dworze, a nie w domu – pomijam okres obecnej ciąży, bo nie jestem w stanie nigdzie z nimi wyjść.

Nie robię wolnego jeśli nie ma takiej potrzeby. Nie ograniczam spotkań z bakteriami i wirusami. Kiedy jak nie teraz ich układ odpornościowy ma się nauczyć jak na nie reagować.

Nie daję leków – nie pamiętam kiedy ostatnio podawałam dzieciom syrop na kaszel czy krople na katar. Zdarza się to bardzo rzadko i tylko jak jest niezbędne. Nie podaję antybiotyku jeśli nie jest to konieczne. Kiedy idę do lekarza od razu informuję, że przyszłam żeby pani doktor zerknęła na dziecko swoim fachowym okiem, ale jeśli nie ma wyraźnej potrzeby to nie chcę żadnych leków.

Profilaktycznie jak mi się przypomni podaję dzieciom syrop z mniszka lekarskiego, który sama robiłam. Nie wiem czy to coś pomaga czy nie, ale dzieciom smakuje.

Pozwalam dzieciom bawić się z psem. Naszym psem, babci psem. Staram się uczy, że obcych psów nie zaczepiamy. Ze swoim można robić wszystko (no prawie wszystko). Znacie kogoś komu udało się upilnować dziecko aby nie jadło posiłków wspólnie z psem?

Moje dzieci bawią się na podłodze. Od ich narodzin nie myję podłogi jakoś częściej niż przed narodzinami. Panuje u nas zwyczaj, że goście wchodzą w butach, no chyba że pogoda jest bardzo niesprzyjająca to większość sama zdejmuje.

Sekret niechorowania – czy ja pamiętam jak nazywa się pediatra moich dzieci?

Tak pamiętam. Pediatra też mnie kojarzy – głównie chyba z wizyt szczepiennych. Zwykle wita mnie tekstem: „Ooo, dawno pani tu nie było”. Wiem do której przychodni w razie czego dzwonić, a jak zapomnę to zejdę na dół bo przychodnię mam pod blokiem.

Nie znam natomiast nazw popularnych leków, które podaje się dzieciom. W zasadzie jedyne co potrafiłabym wymienić to nazwa leku na gorączkę, który mam w domu na wszelki wypadek i tylko co jakiś czas kontroluję czy nie upłynął termin przydatności. Nie potrafię podać nazwy jakiegokolwiek syropu na kaszel. A antybiotyków w ogóle nie znam.

Doprowadzają mnie do szału reklamy środków medycznych i suplementów. A jak widzę reklamę, że zaczyna się pora deszczowa i żeby uniknąć choroby trzeba dziecku podać jakiś specyfik to się zagotowuję. Jak to dziecko ma nabyć własną odporność jak się je od maleńkości wspiera suplementami wątpliwej jakości.

Moje dzieci już w pierwszym roku uczęszczania do żłobka czy przedszkola nie opuszczają łącznie więcej niż dwa tygodnie przez cały rok. Nie wiem co to jest angina i jak się objawia, o innych chorobach nie wspominam.

Ufam moim dzieciom. Wiem, że wiedzą co robią. Nikt sam sobie krzywdy nie robi.  Kiedy ich organizm walczy same wiedzą, że trzeba położyć się do łóżka. Odpoczynek pozwala naszemu systemowi odpornościowemu jeszcze lepiej walczyć z chorobą. Właśnie SEN jest tym sekretem przekazywanym z pokolenia na pokolenie u nas. Człowiek zmęczony jest bardziej podatny na choroby.

Przypominam jeszcze raz, że to moja subiektywna opinia, a każde dziecko powinno być pod opieką pediatry który najlepiej wie czego dane dziecko potrzebuje. Dlatego warto świadomie wybrać odpowiedniego pediatrę.

2 przemyślenia nt. „Sekret niechorowania – intuicja najważniejsza”

  1. Inhalacje? Z soli morskiej ? Fizjologicznej?
    Jakie jest Pani zdanie???
    u nas się sprawdza, przy katarze i zatkanym nosku.
    Generalnie większość z Pani metod nie jest mi obce . Jednak syrop na kaszel z reklam jest u nas stosowany. Myślę, że każda mama ma swoje sprawdzone metody. Wychodzę z założenia że słucham „rad” ale nie wszystkie mnie przekonują. Trzeba słuchać swojego ja i na tej podstawie podjąć decyzję czy dzisiaj pediatra czy tylko sen wystarczy na regenerację.

    1. Jeśli chodzi o inhalacje to nie mam jeszcze doświadczenia w tym temacie, ale wiele osób sobie chwali.
      Na katar zazwyczaj wystarcza nam woda morska (lub moje mleko o ile akurat jest dostępne) i częste wycieranie noska (nawet u nie umiejącego smarkać, po prostu co wyleci to wycieram). Jedna z niewielu sytuacji przy dziecku kiedy używam chusteczek nawilżanych, bo po zwykłych szybko skóra się wysusza i pęka. Jak sytuacja jest poważna to odciągam glutki gruszką 😉
      Syrop na kaszel też zdarzało mi się stosować, ale z polecenia pediatry. Tak samo jak krople do nosa.
      Przy wszystkim trzeba po prostu zachować umiar i przynajmniej na początku próbować naturalnie pomóc 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *