Drugi trymestr za nami – taki słodko-gorzki

Drugi trymestr wbrew obiegowej opinii nie był dla mnie miesiącem miodowym.

Wkroczyłam w niego w szpitalu. No czyli w sumie to jednak taki miesiąc miodowy. Wiecie mogłam sobie tylko leżeć i nic nie robić. Jedzenie prosto do łózka, bo nie miałam jak wstać podpięta prawie cały czas pod kroplówkę. Toaleta prawie zawsze w towarzystwie szczupłego przyjaciela (tego co mi kroplówkę trzymał). Tylko byczyć się, spać i czytać książki. Idealne życie.

Drugi trymestr był dla mnie czasem emocjonalnego rozchwiania

Czułam, że moje ciało karze mi zwolnić. Skupić się na sobie, a nie pędzić do przodu, działać i angażować się w milion rzeczy. Czułam, że będzie to najlepsze dla mnie i dla dziecka. Starałam się jak mogłam uważać na siebie. Zgodnie z zaleceniami lekarza nie przemęczałam się.

Tylko to nie jest takie łatwe. Bardzo trudno jest zmienić dotychczasowe życie, nawyki. Bardzo trudno z osoby, która pokonywała bez problemu po 10 km dziennie raptownie spędzać cały czas w domu. Każde wyjście było dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Bardzo szybko męczyłam się. Ból nerek i pęcherza powodował strach przed dłuższymi wyjściami.

Wszystko to powodowało u mnie frustrację. Nienawidzę siedzieć i nic nie robić. Słabnąć podczas robienia obiadu. Przewracać się bez widocznej przyczyny. W pewnym momencie, szczególnie kiedy po raz trzeci trafiłam do szpitala zaczęłam mieć nastroje depresyjne. Często płakałam bez wyraźnej przyczyny. Trudno było mi znaleźć dobre strony mojej sytuacji.

Ostatni miesiąc był czasem dosyć intensywnym

I to nie dlatego, że zaczęłam więcej chodzić. Nauczyłam się radzić sobie z moimi dolegliwościami. Znalazłam czynności które mogę wykonywać. Zaczęłam gotować obiady. Ustawiłam sobie odpowiednio siedzenie i bez wstawania mogłam sięgać wszystko czego potrzebowałam. Są to uroki malutkiej kuchni. Wystarczy usiąść w centralnym punkcie i można zrobić na siedząco praktycznie wszystko. Wadą takiej kuchni jest to, że mieści się w niej tylko jedna osoba. Także jak mąż był w kuchni to nawet podjeść z lodówki sobie nie mogłam.

Skupiłam się bardziej na pisaniu bloga. Mam już do przodu zaplanowane kilka fajnych (mam nadziej) wpisów. W ogóle staram się skupić na przygotowaniu się do macierzyństwa. Chciałam porobić trochę zakupów dla maluszka, niestety po pierwsze wszystko co najbardziej potrzebne mam po chłopakach, a po drugie finanse mam też dosyć ograniczone.

Młody wrócił do szkoły. Może to brzmi dziwnie, ale strasznie cieszę się na myśl wspólnego czytania lektury do szkoły. Nawet zadany do nauczenia na pamięć wiersz mnie cieszy. Jak nie zaganiam dziecka do nauki to bawi się sam w swoim pokoju. Czuję się wtedy niezbyt potrzebna. Odrabianie lekcji jest strasznie irytujące i spotyka się ze sporym buntem, ale satysfakcja z samodzielnie odrobionych lekcji jest ogromna. Pilnuję go i wszystko tłumaczę. Zadziwiające dla mnie jest to jak on się szybko uczy jak mu zależy 🙂 Smuci mnie kiedy przynosi brak zadania domowego, który przez nauczycielkę jest odbierany jako lenistwo, a syn wraca bardzo smutny, że nie udało mu się wszystkiego zapamiętać. Takie tam podcinanie skrzydeł – bo przecież dzieci są zawsze złośliwe i nienawidzą się uczyć i tylko kombinują.

Uwielbiam ten czas kiedy przedszkolak wraca i podekscytowany opowiada co robił w przedszkolu. To krótki czas zanim skupi się na swoich zabawkach. Wygląda na to, że ja bardziej potrzebuję towarzystwa moich dzieci niż one mnie.

Skupiam się na przyszłości

Kiedy już nie mam na nic siły to wyobrażam sobie jak to będzie kiedy w końcu urodzę. Kiedy wyjmą mi cewnik. Kiedy będę mogła znowu chodzić wszędzie gdzie mam na to ochotę. Kiedy pójdę sobie do parku na siłownię. Kiedy znowu sama będę odbierać dzieci z placówek. Kiedy znowu założę sukienkę i wysokie obcasy. Kiedy zacznę marzyć o tym żeby się przespać (teraz mnie ilość snu jakiej potrzebuję doprowadza do szału).

Naładowałam się pozytywną energią

Wyrwałam się z domowego więzienia. Było to dla mnie bardzo trudne. Podróż daleka, ale przecież nie jechałam sama. Byłam w dobrych rękach. Odebrana spod domu i pod dom odprowadzona. Mowa oczywiście o III Konferencji Noszenia Dzieci. To było niesamowite spotkać tak wiele pozytywnych osób. Nie spodziewałam się, że spotkam tak wiele znanych osób. Początkowo pytana o to jak się czuję odpowiadałam zgodnie z prawdą, że tragicznie. Bardzo szybko jednak poczułam się znakomicie. Sama zaczęłam być zaskoczona tym jak dobrze się czuję. Otoczona cudownymi ludźmi. Otoczona chustami na które mnie nie stać. Ale kupiłam sobie ciepłą bluzę – długo na nią zbierałam, długo o niej marzyłam. No i kupiłam coś jeszcze na przyszłość dla maluszka. Kiedyś się pochwalę 😉 Wróciłam tak zmęczona, że ledwo się na nogach trzymałam, ale było warto.

Drugi trymestr i ostatnia wizyta u lekarza

Tradycyjnie położna zapytała jak się czuję. Odpowiedziałam, że jak na mnie to czuję się świetnie. Położna przyznała, że dawno tak dobrze nie wyglądałam 🙂

Wyniki oczywiście tragiczne – dostałam nowe leki, przywlekła mi się anemia.

Ponadto po badaniu pojawiły się przesłanki, żeby wysłać mnie do szpitala. Na szczęście udało się tego uniknąć. Przyznaję, że na chwilę zbladłam i zrobiło mi się słabo, ale jak tylko wszystko się uspokoiło wrócił mi dobry nastrój.

W sumie mojego dobrego nastroju nie popsuło nawet przeziębienie. Do codziennego menu wszedł chleb z masłem i czosnkiem. Wbrew pozorom jest pyszny 🙂 Zajadam się ze smakiem i trochę boję się że przedawkuję 😉

Trochę przeraża mnie kaszel który mnie męczy. Jest dosyć mocny i w trakcie ataku kaszlu muszę trzymać się za brzuch. Na szczęście między atakami jest spoko. Chociaż w nocy czasem się zastanawiam czy rodziny nie obudzę.

Powoli zdaję sobie sprawę z tego, że musiałabym z góry sięgnąć ubrania po starszych i ustalić co dokładnie mam, a czego mi brakuje.

Pozytywnym aspektem jest też skończony 24 tydzień ciąży. To znaczy, że jeśli jednak zacznę rodzić przed terminem to moje dziecko ma szanse na przeżycie. I to z dnia na dzień coraz większe 🙂 Niemniej czekamy do stycznia. Tak wrócił mi optymizm i zamierzam kulać się do stycznia 😀

Pisze się już post o przygotowaniach do laktacji i o tym jak wyglądają noce w ciąży. A także o tym jak w mojej rodzinie walczymy z chorobami, a właściwie co robimy, że nie chorujemy. Na pewno napiszę o mojej wyprawce pieluszkowej. Bliżej porodu napiszę trochę o tym czym jest ból i do czego jest nam potrzebny 🙂

2 przemyślenia nt. „Drugi trymestr za nami – taki słodko-gorzki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *